Szklanka ciepłej wody i inne rzeczy, których (nie)robimy dla siebie

Czasem to nie brak czasu, tylko brak uważności na siebie. Bo przecież ta szklanka ciepłej wody rano zajmuje pięć minut, a mimo to… potrafi być nieosiągalna. O tym, dlaczego zmiana zaczyna się dopiero wtedy, gdy naprawdę jej chcemy — i dlaczego nikt nas do niej nie zmusi.

PSYCHOLOGIA

Maria

11/8/20253 min read

Szklanka ciepłej wody i inne rzeczy, których (nie)robimy dla siebie

Pamiętam dokładnie ten dzień. Wracałyśmy metrem z zajęć — zmęczone, ale szczęśliwe, trochę jeszcze w świecie teorii i praktyk, trochę już myślami przy kolacji. Ja byłam wtedy na etapie fascynacji akupunkturą i medycyną chińską. Wszystko było dla mnie nowe, odkrywcze, takie „wow, to naprawdę działa!”.
No i jak to ja — pełna entuzjazmu, zaczęłam opowiadać dziewczynom o tym, jak cudownie się czuję po porannym rytuale picia ciepłej wody na czczo.
Mówię im, że serio, to magia — czuję ciepło w brzuchu, energię w całym ciele, taki delikatny start dnia bez pośpiechu.

A one? Zaczęły kombinować.

Jedna mówi: „No dobra, ale ja to bym musiała wcześniej wstać, żeby tę wodę zagotować…”.
Druga dodaje: „Albo w termosie wieczorem przygotować, tylko potem zapomnę…”.
I tak, krok po kroku, moja szklanka wody zamieniła się w skomplikowaną operację logistyczną wymagającą planowania, dyscypliny i pewnie jeszcze Excela.

I wtedy mnie olśniło.
Nie w kontekście wody — tylko w kontekście życia.

Bo ile my jesteśmy w stanie zrobić dla siebie?
Nie dla pracy, nie dla innych, nie dla planu czy obowiązku — tylko naprawdę dla siebie.

5 minut z 24 godzin

Zaczęłam wtedy myśleć: przecież taka szklanka ciepłej wody to dosłownie 5 minut. Może nawet mniej. A doba ma 24 godziny. To jest, jeśli dobrze liczyć, 1440 minut.
A jednak, czasem 5 minut wydaje się zbyt wielkim luksusem.

Żeby napić się ciepłej wody.
Żeby usiąść.
Żeby odetchnąć.
Żeby zapytać siebie: „Jak ja się dziś czuję?”.

Nie dlatego, że nie mamy czasu. Tylko dlatego, że często nie mamy przestrzeni na siebie.
Bo to, co dla innych zrobimy od razu, dla siebie – odkładamy „na później”. A później, wiadomo, rzadko przychodzi.

Nie da się nikogo nauczyć pić ciepłej wody

Tamtego dnia w metrze przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl — taka trochę bardziej życiowa niż medyczna.
Nie da się nikogo nauczyć pić ciepłej wody, jeśli sam nie chce.

I nie chodzi o wodę.
Nie nauczysz nikogo myśleć inaczej, jeść inaczej, żyć inaczej, dopóki nie pojawi się w nim ta iskra chęci.
Można opowiadać, tłumaczyć, zachęcać — ale jeśli człowiek nie chce, to nawet, jak moja mama mówiła, „wołami go nie zaciągniesz”.

Zresztą, każda próba zmuszania kogoś do zmiany — nawet w dobrej wierze — jest w jakimś sensie formą agresji.
Bo to jakbyśmy mówili: „Wiem lepiej, co jest dla ciebie dobre”.
A przecież nikt z nas nie zna cudzego brzucha, serca ani historii tak dobrze, jak właściciel.

Zmiana zaczyna się w nas

Wszystko, co prawdziwie się zmienia, zaczyna się w środku.
Nie od poradnika, nie od kursu, nie od planu dnia zapisanego w pięknym kalendarzu.
Tylko od momentu, w którym mówimy sobie: „Dobra. Chcę.”

I wtedy, jakby na zawołanie, pojawiają się ludzie, którzy nas inspirują, książki, które coś w nas otwierają, albo przypadkowe rozmowy, które zostają w głowie na długo.
To nie magia. To po prostu gotowość.
Świat reaguje na naszą decyzję, ale nie podejmuje jej za nas.

Granica między troską a agresją wobec siebie

Dziś coraz częściej mam też refleksję o tej drugiej stronie — o wiecznym „pracowaniu nad sobą”.
O tym, że potrafimy włożyć się w karby, zaplanować każdy dzień, mieć checklistę:

  • medytacja,

  • joga,

  • afirmacje,

  • 10 tysięcy kroków,

  • zdrowe śniadanie,

  • wdzięczność,

  • i oczywiście ta ciepła woda!

I o ile to wszystko ma sens, o tyle czasem... staje się nową formą presji.
Jakbyśmy musieli być projektami do udoskonalenia.
A jeśli nie zrobimy medytacji albo zjemy bułkę — to już „nie pracujemy nad sobą”.

I wtedy z troski rodzi się coś, co wygląda jak rozwój, ale w środku przypomina wewnętrzną agresję.
Bo zamiast słuchać siebie, zaczynamy siebie poprawiać. Zamiast się wspierać — kontrolować.

A może po prostu swojość?

Mam wrażenie, że w tym całym pędzie do doskonałości najbardziej brakuje nam "swojości".
Takiego poczucia, że to, co robimy, jest nasze.
Nie z poradnika, nie z Instagrama, nie z kursu rozwoju osobistego — tylko z tego, że tak czujemy.

Bo może dla jednej osoby szklanka ciepłej wody o poranku to luksus, a dla drugiej — gest miłości do siebie.
I obie mają rację.

Najważniejsze to znaleźć to, co działa dla mnie.
I nie musieć tego tłumaczyć nikomu innemu.

Nie chodzi o to, żebyśmy teraz wszyscy biegli po termosy i odmierzali temperaturę wody do 42 stopni.
Nie chodzi też o to, żebyśmy przestali próbować.

Chodzi o to, żeby pamiętać, że każda zmiana zaczyna się od zgody na siebie takiego, jakim się jest.
A czasem najlepszym początkiem tej zmiany nie jest szklanka wody, tylko oddech.
Albo chwilowe „nic”.

A jeśli kiedyś z rana poczujesz, że chcesz jednak spróbować tej ciepłej wody — to zrób to nie dlatego, że trzeba, tylko dlatego, że masz na to ochotę.

I wtedy naprawdę zadziała.
Bo to nie woda ma magiczną moc.
Tylko Twoja decyzja, że wreszcie robisz coś — dla siebie.